Tytuł mógłby sugerować, że to tekst z serii – mam na imię absurd! Wymyśliłam sobie, że się poudręczam, pogłodzę, a gawiedź rozbawię wizją siebie masturbującej się do zdjęć czekolady i kebaba. A tymczasem po raz piąty odcinam dopływ kalorii, żeby się… Nie śmiać. I wychodzi na to, że jednak trąci absurdem.

Kiedy jeszcze dzieliliśmy we 3, wraz z psem, 42 metry przestrzeni i mój obłęd był bliski, nie ze względu na spartańskie warunki, bo na łeb nie upadłam, żeby narzekać, co na potrzebę zamknięcia się gdzieś sam na sam ze sobą, pod nosem, jak mantrę, powtarzałam, że chciałabym mieć szafę w której byłyby tajemnicze drzwi do pokoju. Tylko mojego i tylko dla mnie. Żebym mogła sobie tam znikać, czas w miejscu startowym zatrzymywał się łaskawie, by dane mi było złapać oddech, złapać dystans w samotności i ciszy.

Ja kocham gwar, a ludzie nakręcają mnie do działania. Nadają tempa i biegam, nie zważając na kolki, kiepską kondycję i powtarzając, że gdyby była szafa… Szafy nie ma. Ba, fizyczne zbudowanie ściany w salonie i stworzenie kilku metrów wlasnej przestrzeni też nie pomogło. Zadziałała magia paraliżowania zdarzeń nieszczęsnym „gdyby” – „gdybym miała buty, to bym poszła, nie mam, więc stoję” zamiast – „potrzebuję butów, żeby pójść, potrzebuję pójść, więc zdobędę buty”.

Potrzebowałam wyciszenia. Marzyło mi się takie jak z filmów, jakiś ośrodek, nakaz milczenia (tak, dla mnie!), medytacje, przerwa, stop, dystans. Bo ja nie umiem. Sama z siebie nie umiem. I widzę jak hierarchia priorytetów zaczyna się trząść a w głowie huczy pytanie „Ola, chciałam robić jedno, robisz sześć, na jedno nie masz siły, czasu, uwagi, co Ty odpieprzasz?” i znalazłam sposób.

Nie polecam, nie pochwalam, chciałabym być na tyle pewna siebie i świadoma potrzeb, żeby nie dać się złapać w klasyczne muszę i głupio, że radzę sobie tak przyziemnie.

Moja przygoda z głodówkami zaczęła się ponad 2 lata temu. Znajoma rekomendowała, ja uważałam, że to idiotyzm, ale ziarno wątpliwości zostało zasiane i po wielu miesiącach zapragnęłam eksperymentów.

Mam problem z  „za dużo”. Za dużo oczekiwań, za dużo obowiązków, za dużo rzeczy, a także, przyziemnie, za wielka porcja tego, co smaczne, a nie dobre dla mnie, jakby dokładka potrafiła przytulić, jakby kolejny czelendż odhaczony z jęzorem na wierzchu sprawił, że doceni już każdy, a z nim ja, że  „potem odpocznę”.Nie ma potem.

WIęc wyrywam się z biegu siłą i bardzo po omacku. Dlaczego piszę o tym tu? Bo widzę, że zamartwianie się o zasięgi, o to, że Was rozczarowuję, że tematów poważnych, rodzicielskich jest jest tu za dużo, a jaj i szydery, która tak się klika i cieszy, za mało, o to, czy zdołam napisać te dwa w tygodniu, żeby było regularnie i odpisać choć pół zdania, żebyście wiedzieli jakie to istotne, choć krzywo patrzy mąż.

I stop. O zdrowotnych właściwościach głodówek pisać nie będę, ja serwuję sobie tylko takie przerwy od pędu w codzienności i z fascynacją obserwuję ten eksperyment, to co odkrywam, bardzo często nieprzyjemne.

Mija właśnie 9. dzień postu. Nie podam CI przepisu na frytki z marchewki i zupę, nie będę piszczeć, że schudłam, bo nie ważyłam się nim wstałam rano twierdząc, że to dziś. Robię sobie przerwę od emocji, bo… Najzwyczajniej odcięcie dopływu kalorii redukuje zasoby paliwa i po ludzku nie mam siły.

Mechanizm obronny organizmu (nie twierdzę, że dobry dla niego, oj nie) jest taki, że się wyciszam. Nie chce mi się gadać, rozmawiać, zapisywać na kartce listy spraw. Kroję sobie tą marchewkę i czuję spokój i ciszę, której szukałabym w szafie i w swoim pokoju, a której nie umiem sobie dać sama.

Wywalam z diety te cholerne alergeny, które gdzieś po pół roku wplątują się w menu i wracam do swoich zasad, które pozwalają mi się zatroszczyć o siebie. Jest trudno, bo świat nie wciska „stop klatki”, a ja jestem w wersji demo, ale skoro nie da się na razie inaczej…

Dlatego wybaczcie, prze Państwo, zaczęłam się gubić w lajczkach i klikach i wyceniać je nie po swojemu, a tego nie chcę. Utknęłam w durnych rozterkach, czy „pokazać Wam coś” czy „unikać linczu”, nadmiernie zakładając, że to ważne i ważność temu nadając. Przede mną jeszcze kilka dni, a potem, taki miesiąc miodowy.

Odkrywania starych-nowych smaków. Nie kebaba, a możliwości posypania sobie sałatki sprażonymi ziarnami i kawałkiem szarlotki. Powolne wracanie do sił. I tego, co się wyklaruje – tego, co ważne, w z godzie ze sobą.

To nie mistyczne i nie rozwiązuje problemów. Ot, dwa razy do roku skupianie się na krojeniu papryki i przypominnie sobie, jak pyszne są pomidory malinowe z cebulą i jak fajnie być głupim przez chwilę i żyć od rana do wieczora, ani chwili dłużej i mocniej, to taka moja trochę terapia. I póki nie znajdę metody na lepszą, by wracać do siebie, pozwolę sobie ją stosować.

Dzień 9. Kłaniam się z nieobecnym uśmiechem i bardzo, bardzo spokojna. Wrócę lada moment, taka jaką ja siebie lubię, przez chwilę bez tej paniki „CZY NA PEWNO LUBIĄ WSZYSCY”. Do poczytania i obejrzenia, mam nadzieję, ale już zdrową i nie podszytą autentycznym przerażeniem?

Ola. Trochę mniej, ale ciągle, jak najbardziej, Radomska 🙂