W mojej głowie wybrzmiewają głośne fanfary i werble. Słychać wybuchy fajerwerków i owacje. Nie są wstanie zagłuszyć mojego wzruszenia, poczucia za szybko pędzącego czasu i dumy. Córeczko moja, dajesz wiarę, że jesteś ze mną już od 4 lat? Jesteś najlepsza w zadawaniu trudnych pytań, ale dziś Cię trochę wyręczę, a któregoś dnia dam ten ‚wywiad’ do przeczytania, bo… bardzo chcę żebyś to wszystko wiedziała. Jak najszybciej wbiła sobie to do głowy, niczym wszystkie rymy do słowa „kupa”, którymi tak swobodnie operujesz. Publikuję, bo nie lubię udawać, że jestem tylko beztroską i żartem. Może ktoś odnajdzie w moich słowach własne myśli? Oto pytania, na które sobie odpowiadam tak, jak chciałabym odpowiedzieć mojej córce, kiedy je zada. Odpowiadam na nie sobie bardzo często.

1.mo, czy Ty mnie chciałaś? Pokochałaś jak tylko dowiedziałaś się, że będę? Jak tylko mnie zobaczyłaś?

Chciałabym Ci powiedzieć, że tak. Powiem natomiast, że poza byciem dobrym pajacem, zawsze świetny był ze mnie tchórz. Powoli, a od 4 lat zaskakująco intensywnie, z tym walczę, ale… Kiedy dowiedziałam się, że przyjdziesz na świat, strach wygrał. Gdzieś tam w wizjach bliżej nieokreślonej przyszłości zakładałam, że spotkam odpowiedniego gościa, a w stosownym momencie, przy kolacji, wręczę mu prezent i będzie nim para słodkich bucików, ale jakoś się nie zapowiadało.
Diagnozę o Twojej rosnącej we mnie obecności postawiła moja mama, a ja zaśmiałam się jej w twarz bezczelnie mówiąc, że wiem jak się zabezpieczać. To chyba najlepsza anegdota mojego życia, ale wtedy jakoś mnie nie bawiła. Na widok dwóch kresek zareagowałam paniką absolutną. Absurdalną wręcz. W drodze po test ciążowy w radiu leciała właśnie ta piosenka z tekstem:
„Ja namaluję dzień Twoją ręką
Na ziemi pojawi się cud!
Dotykiem koloruję na niebiesko,
Zamieni się czarne na róż!”

Potraktowaliśmy z tatą jak wróżbę, a nieco ponad 2 lata później…dedykowałam ją mu  na naszym  ślubie. No ale to chyba nie Radio Zet Cię nam zesłało. Wierzę natomiast, że zdecydowanie wyższa siła. I mądrzejsza od nas wszystkich.

2. Czegoś żałujesz? Coś zrobiłabyś inaczej?
Nie zmarnowałabym już drugi raz tyle czasu na strach, na zadręczanie się, umartwianie i podważanie swoich kompetencji. Mam taki (o, popatrz…) lęk, że dziecko od początku wyczuwa, czy było chciane i oczekiwane i ogromne poczucie winy, że ode mnie tego nie dostałaś, bo zamiast „Będę mamą”, po prostu wyłam i wydawałam z siebie samogłoski.
Od początku czułam się za Ciebie odpowiedzialna i cholernie było mi przykro, że akurat na mnie trafiłaś, bo czułam się absolutnie niegotowa, niekompetentna i niewystarczająca. Nadal taka jestem i tak czuję, ale improwizuję i jakoś leci. Teraz już chyba wiesz, dlaczego tak często Ci powtarzam bez powodu, że jesteś moim cudem. Próbuję nadgonić…

3. Czyli mnie nie chciałaś?
Dziecka chciałam, odzywał się już instynkt, oglądałam się za wózkami, z Twoim tatą wymyślaliśmy imiona odkąd tylko zaczęliśmy rozmawiać o przyszłości. Ta nieuchronność, poczucie utraty kontroli nad życiem (której nigdy nie miałam, więc serio nie wiem co mi odwaliło…) i to, że gówno wiem, a muszę wiedzieć i być odpowiedzialna za drugą osobę, zwaliło mnie  z nóg. Potem się okazało, że nie rośniesz tak szybko jak powinnaś. Czekałam 2 tygodnie na USG, żeby sprawdzić, czy wszystko ok. Panicznie się bałam – nie wiem, czy tego, że Cię stracę, czy tego, że naprawdę, naprawdę tam jesteś? Na pierwszym USG widziałam pulsującą kropkę i jakoś, wybacz, mnie nie ujęłaś. Jednak potem… Widok aliena z impulsywnie rozmerdanymi kończynami jak u mnie, kiedy coś opowiadam i… Jeb. Jeszcze nie wiedziałam, czy Cię kocham, ale czułam, że odgryzę łeb i napluję do szyi każdemu, kto Cię skrzywdzi.

Potem było już całkiem miło – ot ćpałam te ciążowe motylki, miziałam się po bęcu, wkręciłam sobie, że nie ma się czego bać, bo przecież umrę przy porodzie i po sprawie. Gdzieś pod koniec domagałam się co prawda rozprucia brzucha kuchennym nożem, aby móc nie iść siku, a iść spać, ale szybko zrozumiałam po Twoim narodzeniu, że w sumie nie było tak źle, jak byłaś w środku. To żart. Ja się nie śmieję, bo go strasznie często opowiadałam. I słyszę Twój skrzek jeszcze w uszach, dudni i huczy.

4. Czego się bałaś najbardziej?
Jakoś optymistycznie założyłam, że ogarnianie noworodka opanuję -wszakże kretyni mają dzieci, te zwykle przeżywają, więc uznałam, że podołam. Poza porodem, obawiałam się spraw mistycznych – że mnie zjesz, że stracę całą wolność, że będę chujową matką, że mnie znienawidzisz, że… Ja Ciebie nie polubię, nie pokocham? Że co jeśli to nie dla mnie, skoro się nie da wycofać? Wszyscy krytykują „złe matki”, ale słyszałaś kiedyś  „ok, spoko, pomyliłaś się, nie Twoja droga życiowa, nie ma sprawy”? Nie. Moja własna siostra, a Twoja ciocia, widząc mnie w 9 miesiącu nadal kpiła, że nie wierzy, że JA BĘDĘ  MATKĄ. To zostawię jako wizualizację  bagienka, w jakie wdepnęłaś i w którym taplamy się razem całkiem rozkosznie już 4 sezon.

5. A co się okazało najtrudniejsze?
Cóż, nie da się ukryć, że przytyrałaś nas z ojcem jak szmaty i zrównywałaś z ziemią dopieszczany ponad 20 lat egoizm i poczucie podmiotowości. Pierwsze tygodnie były jak poligon, przysięgam. Płakałaś po 22 godziny na dobę. Uspokajałaś się tylko na rękach, najlepiej moich, a ja chciałam je odgryźć. Pamiętam jak osunęłam się po ścianie na podłogę i rycząc powiedziałam, że ja nie chcę, nie daję rady, to nie dla mnie, nie nadaję się. Twój tata powiedział, że mnie potrzebujesz. To otarłam gluta i poszłam. Na posterunek. Bardzo ciężko Cię było wtedy kochać, ale to było bardzo pouczające doświadczenie.
Obdarłaś mnie z wielu rzeczy, które wydawały mi się integralną częścią mnie. Zrobiłam się goła, stałam taka i tak jak Ciebie, tak i siebie musiałam się uczyć kompletnie od zera. Uczyć pokory. Rodzicielstwo uznałam za fajną sprawę dość późno, ale tym bardziej winszuję sobie, że jednak Cię nie udusiłam i nie skoczyłam z okna. nim to nastąpiło.

6. To kiedy mnie pokochałaś?
Jestem przekonana, że od początku to czułam, ale za cicho, żeby się przedarło przez strach. Przyszłaś na świat w piątek o 12:10, zobaczyłam Cię po 16, nie wolno mi się było ruszać i wszystko było dla mnie takie straszne. Łypałam wzrokiem a to na Ciebie, a to na swój brzuch i całą sobą chciałam zapytać – jak to? Mój człowiek? Nikogo nie obchodzi, co dalej?
Położna przed samym cięciem mówiła szydząc, że miałam czas się oswoić, że ciąża kończy się narodzinami dziecka, ale jak zobaczyła jak się trzęsę, dodała, że w każdej mamie jest lwica albo kwoka i rodzi się z dzieckiem. Potem to przyswoiłam, bo byłam zbyt zajęta ogarnianiem, czy ucieknę przez okno i tym, że mam ze strachu sraczkę. TAK EMOCJONALNIE GOTOWA MAMCIA CI SIĘ TRAFIŁA.
Pierwszą noc musiałam leżeć, w drugiej miałam już za sobą to wstawanie po znieczuleniu. Dostałam Cię na noc. I jak na śpiocha, bez świadków, zaczęłam uczyć się przewijać, otworzyłaś ślepia. Wtedy czarne. Dotarło. Moja.
Człapałam po to cholerne mleko modyfikowane co 2 godziny, bo dokładnie 60 minut zajmowało mi dojście nieco ponad dobę po cięciu do pokoju pielęgniarek. Bo wiedziałam, że się obudzisz i bałam się, że będziesz głodna. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak kiełkowała miłość. W drugiej dobie byłyśmy już w domu. Bolało jak sam skurwysyn, Ty zaczynałaś dokazywać, a ja się wdrażać. Do pokoju weszła moja mama. Zobaczyła, jak się podnoszę, krzywiąc  z z bólu, kiedy się wiercisz. Jak tulę, choć nigdy nikt normalny nie podałby mi noworodka. Powiedziała, że bardzo, bardzo się o mnie bała, że nie dam rady. Nawet ona. I że widzi, że niepotrzebnie.

7. „Dałaś radę” – to znaczy, że było tak potwornie?
Wybacz, ale pierwsze 3 tygodnie wolałabym wykasować, a i dalej miałam wrażenie, że hoduję granat, a nie małą dziewczynkę. Ogromnego kopa dało mi wygranie gry o cycka. Wtedy poczułam się silniejsza. Zaczęłam bronić gniazda. Gryźć wszystkich, którzy chcieli się wpieprzyć.
Przełom nastąpił, jak zaczęłaś się świadomie uśmiechać. Naprawdę fajnie zrobiło się wiosną, bo z krakena zrobiło się z Ciebie cholernie wymagające, ale urocze i inteligentne niemowlę. A posiadanie 4 latka to już w ogóle – petarda! Przed chwilą wycierałam Ci kupę z łopatek (nie chcesz wiedzieć…) a teraz nie wolno mi być w WC, bo lubisz być sama. MAGIA.
Myśmy oszaleli z tatą na Twoim punkcie. Inaczej się nie da wyjaśnić tego, że uciekaliśmy przed Tobą na balkon albo z psem. Po to, żeby pooglądać w ciszy Twoje zdjęcia… Mam nadzieję, że przynajmniej tego jesteś pewna. Starych masz jakich masz, ale kochają Cię jak pojebani. Mocno w sensie, bo przecież Ty nie znasz takich słów!

8. Czego nie lubisz w byciu mamą?
Tej presji bycia najmądrzejszą i za wszystko odpowiedzialną. Od majtek, przez obiad, po szczepienie aż do decydowania o tym, czy powinnaś być katolikiem chociażby. Nie uważam, że bycie mamą od razu zrobiło ze mnie geniusza i doktora pedagogiki, aczkolwiek po tych 4 latach czuję się trochę jak nadczłowiek, bo w życiu nie przypuszczałam, że można przeżyć tyle czasu bez choćby jednej w całości przespanej nocy.
Nie znosiłam zarwanych nocy, Twoich pobudek o dzikich porach. Utraty całej autonomii, przynajmniej na początku. Tego, że nigdy niczego nie mogłam zaplanować. Że nie miałam prawa powiedzieć: źle się czuję, nie ma mnie, nara. Bo mamy nie boli, mama czerpie siły z kosmosu i tak dalej.
Teraz cholernie trudne jest pogodzenie roli mamy z pracą. Bardzo mnie boli, że musisz siedzieć w przedszkolu 10 godzin, a po pracy padamy na ryje i nie mamy często siły pokazać Ci, że tęskniliśmy. A to ten czas, kiedy jesteśmy tacy ważni, ten czas, który zapieprza i minie, a my się nie zdążymy nachapać.

9. A we mnie?
Asertywnością mogłabyś obdzielić całe województwo. To nie wada, ale wyzwanie. Ogromne, nie tylko dla nas. Próbuje rozgryźć, jak to zrobić, żebyś została pewna siebie i waleczna, ale żebyśmy jednak przeżyli etap Twojej edukacji w publicznych placówkach, gdzie indywidualistom z silnym charakterem jest cholernie ciężko.
Miewam tak, że mnie denerwujesz, tak po ludzku, jak każdy z kim trzeba siedzieć mimo woli, ale to mija. Ile razy chciałam Cię udusić wieczorem, żeby rano odszczekiwać, bo kto by mnie tak obcałowywał i właził na łeb o 6 rano? Daję sobie jednak prawo do tego, żeby czasem Cię nie lubić. Zawsze jednak powtarzam, że kocham, zapamiętaj. Nawet jak się wydrę, jak coś odwalisz, jak szlag mnie trafia albo jak płyną mi łzy bezradności, powtarzam, że kocham Cię bez względu na wszystko.

10. A co uwielbiasz?
Elaborat. To jak opowiadasz zmyślone historie, jakie walisz miny, jak sadzisz tekstem „Nie szkodzi, rodzina musi sobie wybacać”, kiedy ja przepraszam, bo przypadkiem Cię nadepnęłam albo oderwałam głowę ludkowi z plasteliny.
Nasze tańce. Wygłupy. Spacery. To, że lubisz ze mną zasypiać. To jaka jesteś. Nawet jak śpiewasz, choć fałszujesz jak mało kto. Ubóstwiam Cię i Bogu dzięki, że jesteś czasem nie do zniesienia, bo zachwyt i brak umiaru w każdą stronę jest zły.
Kocham Te Twoje wiecznie rozkudrane włosy, chciałabym do końca świata obcałowywać posiniaczone nogi i umierać z dumy za każdym razem, kiedy mnie czymś zaskoczysz albo przypomnisz mi, jak bardzo jesteś ekstra i do tego moja. No ćpam to całą sobą i nie chcę myśleć, co się stanie, jak będę musiała odstawić..

11. Boisz się jeszcze tego wszystkiego, co kiedyś? Czym teraz się martwisz?
Rzeczami o których kiedyś nie myślałam – zdrowie swoje, Twoje. O to, czy wystarczy nam pieniędzy, żeby zapewnić CI wszystko, czego potrzebujesz. Tego,  że zdarzy się coś, co brutalnie pokaże, jak cudownie i beztrosko było doświadczać tego wszystkiego, co  teraz wydaje się być uciążliwe. Wojny. Tego, że ktoś Cię skrzywdzi, że będziesz nieszczęśliwa. Że mnie nie polubisz i będziesz mieć żal i nie pojmiesz, ile mi dałaś w życiu i ile ja starałam się dać Tobie. Że nie zadzwonisz i nie będziesz chciała tak po prostu iść ze mną na kawę. Bardzo.
I jeszcze tego, że świadomie lub nie powielisz złe schematy, które Cię nieszczęśliwą, a ja nie zdążę temu przeciwdziałać albo po prostu nie będę w stanie..

12. Ciągle tak…?
Nie, czasami… Pracuję nad sobą. Wtłaczam sobie do głowy, że nie wszystko zależy ode mnie, że nie ma idealnych rodziców, że na tle tych rzekomo przygotowanych nie wypadam najgorzej. Paradoksalnie ten koszmarny początek naprawdę był lekcją. Całe życie analizowałam to, co było, uważałam, że tu i teraz jest złe, a będzie lepsze kiedyś i tylko pod pewnymi warunkami. Mnóstwo czasu zmarnowałam, nie odzyskam go i strasznie mnie to boli.
To Ty mi pokazałaś, że tu i teraz warto być, bo drugi raz tego nie będzie albo wejdziesz na parapet i złamiesz sobie kręgosłup. Olśnienie przyszło jakoś wiosną. Siedziałyśmy razem na kocu w parku beztrosko opychając się chrupkami. Pierwszy raz w życiu poczułam, że to co było, nie jest ważne, że to co będzie, nie ma znaczenia, bo jestem tu i teraz. Cały świat pędzi gdzieś za swoimi sprawami, a mój priorytet próbuje się nachylić żeby ugryźć chrupkę i upada japą w trawę.  Przestałam się tak zastanawiać i użalać (bo w dużej mierze nie miałam siły). I pierwszy raz pomyślałam, że utrata kontroli i nieplanowanie jest ok, że wtedy też się dzieją ciekawe rzeczy i warto się im poprzyglądać, a nie tylko oglądać za siebie lub wypatrywać katastrof.  Nauczyłaś  mnie tego jako zaślinione niemowlę z wiecznym zdziwieniem narysowanym na twarzy, a to był dopiero początek.

13. Coś mi zawdzięczasz?
O lekcji pokory już mówiłam. Skradłaś lwią część  mojego życia, więc reszty, tej tylko mojej, staram się nie trwonić np. na ludzi, którzy mnie nie obchodzą. W dupie to mam, czy ktoś ma mnie za dobrego rodzica, dopóki Ty uważasz, że daję radę.
Jesteś przeogromnym źródłem motywacji do ciągłej pracy nad sobą. Przyczyniłaś się do tego, że zaczęłam terapię. Udowodniłaś mi, że sen jest dla słabych, a w sobotę wcale nie trzeba sprzątać i w niedzielę gotować rosół, bo można po prostu tarzać się w trawie i sikać na świat. Piękna sprawa.
Lekko nie jest, ale zasmakowanie bezgranicznej miłości musi mieć swoją cenę, wszystko, co cholernie ważne, ją ma. Płacę bez mrugnięcia okiem, czasem tylko przygryzę wargę albo przeklnę. Wybacz, przy narodzinach Twoich nie mogłam się doprosić ani o liposukcję ani przeszczep głowy -ciągle jestem sobą i dzięki Tobie nawet to lubię.
Jak przyszłaś na świat, zastałaś niewyremontowane mieszkanie dwupokojowe, ubranka po kuzynkach, matkę bez pracy obsraną ze strachu i przekonaną, że nie ma Ci nic do zaoferowania. W dwa lata dopięłam swego – masz swój pokój, piszę po nocach, bo wymarzyłaś sobie urodziny w figloraju, które są dla nas finansowo mocno nie na miejscu, a i dbam o siebie bardziej, bo wiem, że mam dla kogo. Bo chcę pożyć trochę, umieć się cieszyć i zobaczyć, co z Ciebie wyrośnie.

14. Czego byś chciała?
Żebyś czytając ten wywiad zrozumiała, że poza byciem Twoją mamą jestem po prostu człowiekiem. I pewnie test z cierpliwości, niezawodności i gotowania oblałam, ale czułabym się zaszczycona gdybyś.. zechciała mnie po prostu lubić bez względu na łączące nas więzy krwi. Za często staram się o tym nie myśleć, bo nie ma czasu. Dzięki Tobie wiem jednak, że lepiej czasem wydłubywać plastelinę z dywanu niż karmić się rozważaniami o rzeczach przeraźliwych i wielkich.

Kocham Cię Córko. Jak nikt nigdy nikogo nie kochał. Zawsze. Niewyobrażalnie. Jesteś spełnieniem moich marzeń o których nawet mi się nie śniło. Mam jednak kawałek swojego świata, który też jest mi potrzebny – i z całego serca chciałabym, byś to zrozumiała.

Dziękuję za te 4 lata,  moja Lentosiu. Jesteś ekstra, dzisiaj Ci pewnie powiedziałam to dopiero z sześć razy.
______________________

Powiedziałabym – oczekuję gratulacji i życzeń, ale.. sama winszuję sobie i biję brawa. 4 lata! HA! Jeśli masz ochotę, cofij się ze mną w czasie i sprawdź, jak się czułam:
– kiedy świętowałyśmy roczek KLIK
 i co się zmieniło pół roku później KLIK

Solenizantka z prezentem, wyczesany domek, bo gwiazdkę z nieba ogarniemy na piąte urodziny:

Domek upatrzony w lutym na targach zabawek, firma ECO TOYS. Złożony przez tatę. Pracuję nad tym, abyście mogli taki wygrać albo przynajmniej dostać na niego zniżki. Szczegóły w kolejnym wpisie 🙂 Zajrzycie? Wybaczcie nieostre zdjęcie, coś takiego jak Lenon w bezruchu nie istnieje!

Co przekazać solenizantce poza  „Daj matce spać i nie pyskuj aż tak?” :))