lentolek

Jeden z ostatnich tekstów wzbudził wśród Was ogromne poruszenie. To, do jakich refleksji i wniosków doprowadził, jednak mocno mnie zadziwiło. Kierowałam ten tekst do wybranej grupy mam, wierząc, że jest to mniejszość, bo tak bywa, nie ma takiej możliwości, żeby wszyscy byli szczęśliwi realizując nawet podobne role. Tymczasem….

Okazało się, że co druga matka nie jest szczęśliwa i ma dziecko z burakiem. Dzięki tekstowi utwierdziła się w przekonaniu, że to normalne i tak już jest  (!) O zgrozo. Inna grupa mam doszła do wniosku, że wcale nie jest u nich tak strasznie i że szalenie współczuje tym wszystkim frustratkom. Bezdzietni, po jednym tekście internetowym  głęboko analizować zaczęli swoje rodzicielskie predyspozycje. Proponuje zrobić jeszcze test w Bravo i przeczytać horoskop w Super Expressie ;).

A teraz odważna teza, która może spotkać się z chłostą. TO NIE NASZE DZIECI, ŻYCIE, PARTNERZY, TEŚCIOWE  unieszczęśliwiają najczęściej. A kontrast pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością.

Aktualne pokolenie rodziców było wychowywane w przekonaniu, że może więcej i lepiej. Dorastaliśmy w wolnej Polsce, a nasi rodzicie wierzyli w mit demokracji i karmili nas bajkami o niezależności, indywidualizmie, wierze we własne siły i poleganiu na sobie samym.  Chcieli dla nas wolności o której sami nie mogli marzyć. I tak dorośliśmy. Wierząc, że chcieć to móc, że trzeba ciężko pracować, że jesteśmy fantastyczni, zajebiści i niezastąpieni. Wolni, przede wszystkim wolni. Możemy być kim chcemy, jak chcemy, gdzie chcemy i z kim chcemy. WOW.

Rodzicielstwo staje się kolejnym etapem życiowej kariery. „Must have” po odhaczeniu studiów, podróży życia. Jesteśmy tacy niezależni, fajni, czemu by się nie rozmnażać, w końcu możemy wszystko! A potem mamionemu frazesami o indywidualności i niezależności rodzi się dziecko. I budowane od lat poczucie własnej wartości, zaspokajanie własnych potrzeb i samorozwój stają się przydatne jak schody do windy. I dramat nie polega na faktycznym stanie rzeczy i na tym, że jest tak strasznie trudno. Ale na tym, co nam się wydawało.

Okazuje się, że dziecko ma w dupie nasze wykształcenie, potrzeby, zwyczaj oglądania filmów w czwartek i miłość do spania w sobotę do południa. Że ma w dupie nasze traumy z dzieciństwa, niedoskonałości, ambicje, prace do wykonania. Dziecko chce jeść, czuć się bezpiecznie i być blisko nas.

Bo rodzi się całkowicie nieświadome. Zależne od nas. Jesteśmy jego rękami, głową, poczuciem bezpieczeństwa, wszystkim. On małym kosmitą rzuconym w inną czasoprzestrzeń na której jedyne, co znajome, to rodzic, rodzic wiecznie zdziwiony i wkurzony, że dziecko domaga się jego obecności rykiem. Rykiem odczytywanym jako wymuszanie i terror. Przecież to oczywiste, noworodki rodzą się bez umiejętności siedzenia, ale z opanowaną do perfekcji sztuką manipulacji, nie?

Powiem coś, co zaboli. To nie nasze dzieci są absorbujące, niegrzeczne, nieznośne. To nie one pozbawiają nas wiary w siebie. Nie mamy prawa mieć pretensji do istot, które nie potrafią obsłużyć własnych rąk,  którym obiecaliśmy bezgraniczną miłość, a którym co chwilę stawiamy warunki. To my  sami. I nasza nieumiejętność radzenia sobie z tym, że życie wymyka się spod kontroli, że nie na wszystko możemy mieć wpływ. Nasze przyzwyczajenie, że świat leży u naszych stóp, że jesteśmy Panami swojego czasu, że to my i nasz psychiczny komfort jest najważniejszy. To nie rodzicielstwo rujnuje  poczucie wartości. Okazuje się, że to poczucie wartości było fasadowe i pozorne, wyrażane w tym, jak wyglądaliśmy i co robiliśmy. I jest weryfikowane wówczas, kiedy okazuje się, że nie umiemy tak po prostu usiąść na dupie, w brudnej koszulce, niedoskonali, bez wszelkich atrybutów, które gromadziliśmy wcześniej,ciągle chcąc więcej, niewyrobieni i powiedzieć- TAK TEŻ JEST OK. Ciągle jesteśmy tam i wtedy i gdzieś potem, nie tu i teraz, z kimś kto nas potrzebuje. Naszymi dziećmi.

Miłość warunkowa, którą serwujemy swoim dzieciom, to towar niezgodny z umową, do jakiej się zobowiązaliśmy. Rodzicem nie jest się wtedy, kiedy ma się ochotę, siłę i czas. Niemowlę nie pojmie, że musimy iść na squasha, napisać tekst i się wyspać.I tu nie chodzi o to, że ja odmawiam rodzicom zaspokajania swoich potrzeb. JA wytykam nam jedno -ciągle skupiamy się nad tym JAK MY SIĘ CZUJEMY.

Nasze dzieci są małe i bezbronne tylko przez chwilę. Naszym zadaniem jest wypchnąć je w świat tak, żeby dały sobie radę, wierzyły w siebie i w to, że są wartościowymi ludźmi, których warto szanować i kochać. A często pierwsze, czego się dowiadują to to, że unieszczęśliwiły swoich rodziców, bo zabrały im to,co sprawiało im frajdę, że nie są tak cudowne, jak ciepła kawa, sen i awans w pracy, że zasługują na szacunek i miłość, ale po spełnieniu szeregu karkołomnych warunków.Wchodzą w dorosłość z balastem nie do zniesienia- od urodzenia nie spełniły oczekiwań, bo nie spały na zawołanie, nie zjadały,co trzeba, nie rozumiały NIE, były męczące, denerwujące.  I ciągle słyszą, że rodzic się dla nich poświęcił.

A to słowo, które każdy rodzic powinien wyrwać ze swojego słownika. Bo jest potworne.Jeśli mamy cierpliwość,czułość wobec swoich dzieci, tylko kiedy są potulne, śpiące i grzeczne, to przestańmy się zastanawiać, dlaczego one są nie takie jak trzeba, ale co z nami jest nie tak. Ciągle skupieni na tym, jak sami chcielibyście być traktowani i co nam nie odpowiada w nowej roli, nie poświęcamy nawet kilku minut na refleksję, jak czulibyśmy się słysząc słowa, których w złości są adresatami nasze dzieci? I czy nie łamałyby nam serca.

Rodzicem się zostaje po to, aby BYĆ RODZICEM, aby doświadczyć bezgranicznej, dwustronnej miłości. Przeżyć na własnej skórze, jak drobne rzeczy potrafią uskrzydlić, a jak wiele przerazić. Przekonać się, ile jesteśmy w stanie znieść w imię tej miłości. Przypomnieć sobie, że życie to nie skrupulatny plan i że to naprawdę nic złego, nie wiedzieć, wahać się, wątpić, zastanawiać. Bo to ta cholerna miłość stanowi naszą wartość jako gatunku ludzkiego. I tylko ona po nas zostanie, kiedy nas zabraknie, nie awans i auto. O ile nie spierdolimy.To może być szokujące, ale rodzicielstwo jest częścią prawdziwego życia. A w prawdziwym życiu nie da się wszystkiego zaplanować, jest się zależnym od innych, ma się lepsze, gorsze dni, pozytywne i negatywne odczucia. To jest proces, przygoda, masa przeżyć i doświadczeń. Czas który zapierdala i nie wróci. I za którym wszyscy będziemy tęsknić.

I dziś narzekamy na swoje noworodki, jutro przedszkolaki, potem nastolatków, a na końcu dorosłych. Dorosłe dzieci, które nie będą chciały znać ludzi, którzy wiecznie mieli wobec nich jakieś pretensje, pretensje o własne kompleksy tak naprawdę. I będą panicznie bały się rozmnożyć, bo rodzice im wmówią, że dzieci to tylko ból, wyrzeczenia i to mityczne poświęcanie się. Zatem jeśli taka wasza rola- kupujcie, konsumujcie, dbajcie o siebie, skupiajcie na swoich potrzebach i nie miejcie dzieci, jeśli przez gardło Wam nie przejdzie, że ktoś może być ważniejszy dla Was niż Wy sami. I nie stękajcie potem, że Wasze życie jest puste i pozbawione sensu,bo nawet jako królowie życia na Seszelach narzekalibyście na nadmiar słońca i suche pięty. BO BYCIE RODZICEM JEST ZAJEBISTE TYLKO TRZEBA UMIEĆ TO DOCENIĆ. Życie bywa okropne, ale bez względu na pełnioną rolę.

I ostatnie, dla tych, którzy na poważnie twierdzą, że gdyby nie dzieci byliby szczęśliwsi,spełnieni, bogatsi etc. – zdradzę Wam sekret- wcale nie. Bylibyście tak samo sfrustrowani tylko z innych powodów, bo taka już Wasza natura I WYBÓR. Czas dorosnąć i zrozumieć, że zostanie rodzicem to nie jest transakcja wymienna za którą wystawia się dzieciom rachunek, a dzieci nie wyleczą naszych kompleksów, nie zaspokoją ego, nie dowartościują, jeżeli jesteśmy zakompleksieni i niedowartościowani.

Jeszcze raz, gorące uściski dla tych naprawdę przemęczonych i smutnych do których kierowałam poprzedni tekst. I kop w dupę na rozpęd dla całej reszty malkontentów.