To takie zabawne tak dorastać, starzeć się, łapać się na myśleniu o tym, że już mi nie wypada publicznie w nosie dłubać i spychać dzieci przede mną ze zjeżdżalni, by odkrywać jednocześnie, że tak wiele to się wcale z czasem nie zmienia. W podstawówce to był jakiś Piotruś, co miał bogatszych starych, był Tomek, co to nie tylko na pospolite kolonie jeździł, ale i na obozy językowe i jakaś Agatka była, ustawiona do końca życia, bo przecież jej ojciec to król osiedlowego supersamu i nigdy jej oranżady w proszku i big milków nie zabrakło. A 20 lat później?

Agatki, Piotrusie, Tomki zmieniają imiona. I mama nie pyta już, co dostali z matmy, kiedy wracasz ze sprawdzianu, bo, dzięki Bogu, nie ma już sprawdzianów z matmy. I cóż, że z polskiego zawsze było 5, skoro z matmy na 3+,  kiedy u Agatki to na 5! Czy to nie oczywiste, że dlatego, że ma dobre geny i dostęp do oranżady, słowem – szczęśliwe dzieciństwo. Schematy się jednak kodują.

Łapę na tym moją rozkojarzoną głowę, że zamiast pilnować swojego podwórka, oglądam się za siebie i dookoła, dopatrując się Agatów i Tomków, którym w życiu lepiej wyszło. A ja zeza mam, niedowidzę, widzenia przestrzennego brak, prawo jazdy dla jaj dostałam i na drabinę mi wchodzić nie wolno. Moja perspektywa krzywa, rozmyta, ja wiem. Mądra jestem i duża. Tylko czasem zdarza mi się przez 10 sekund wpaść w euforię, że spaceruję po parku, by wtem, zgasić ją jak peta dowiadując się, że Agatka w sumie też, ale w Portugalii. Na czwartym urlopie w tym kwartale. I gasnę.

Ale nic to. Walić Portugalię, ja Cię proszę, do samolotu nie wsiądę, a lecieć, żeby się spocić i cały wypoczynek zmarnować na lęk przed tym, że znów trzeba będzie zginąć w lotniczej katastrofie, to nie dla mnie, dziękuję, postoję. Łazienkę muszę wyremontować, bo lada dzień zeskrobię stare płytki ze ścian, żeby na nie nie patrzeć. Potrzebowałam jednak popracować nad moim wewnętrznym systemem regulacji. I tu się okazało, że mimo całej wrażliwości mej i emocjonalnej inteligencji na poziomie Sky Tower, działam czasem zupełnie prosto, prostacko wręcz. I już mam owinąć się jak burrito w kołdrę, stwierdzić, że prześpię pół życia i będzie to lepsza połowa, bo nikt mnie nie kocha i nie zauważy, bo robota nie zając i tak, co zarobię wydać muszę na to, co wynika z faktu, że pracuję – rachunki, półprodukty, przedszkole, kolejne majtki z Elzą i to znów dla Leny, bo przecież na takie dupy – płaskie i marudne, jak moja, to nie produkują i kimże ja jestem, żeby zasłużyć gdy wtem…

Nadeszło olśnienie.

Głupie myślenie, to trzeba ze sobą rozmawiać jak z debilem, to mówię, Oleńka, wstań. Masz 4 rzeczy do zrobienia, jak odhaczysz, to kupisz coś tylko dla siebie i nikomu nie powiem. Tylko musisz zasłużyć. No. Dalej. Ta czerwona. Od kilku miesięcy oglądasz, budrysku, widziałam, że się ślinisz. Mąż nie podejmuje tematu, bo obstawia, że albo czegoś chcesz albo pornosy oglądasz. Czas działać.

I nagle. Kurwa. No przecież. Ja pracuję. Ja oddaję siebie. Ja robię często to,czego nie chcę i nie lubię. I bywa, że rozmawiam z głupszymi od siebie będąc przy tym szalenie miła. I jebać już Agatkę i Tomka. Ja jestem Oleńka Radomska. Ta czerwona sukienka jest stworzona dla mnie i argument, że trzeba zapierdalać, bo życie jest trudne, a lepsze jutro było wczoraj mnie nie przekonują. I się rączki palą do roboty. Szuru buru, chlastu chlastu, choć mam dwie nie jedynastu! Czas obsypać brokatem to moją codzienną kiełbasę, a nie czekać aż ktoś poda homara, któremu nadałabym imię i założyła sukienkę barbie.

Bo jestem fajna, dobra, miła, zabawna. Bo robię, co mogę, jak mi się chce, a jak mi się nie chce to ludzka sprawa, najwyraźniej mi nie zależy, a jak nie zależy to kogo-to-obchodzi-i-czemu-ma-akurat-mnie?

System krótkodystansowej motywacji działa bez zarzutu. Rano czuję się jak Jezus i nie dziwię się, że zmartwychwstawał trzy dni, ja też bym tyle jeszcze poleżała, ale sobie powtarzam:

Oleńka, ogarnij dupę, naciesz się ciszą nim wstanie szefowa. Wyjedź rowerem. Bez spoconych ludzi. Prosto przez rynek – kupisz sobie świeże malinki, jabłko może, a nawet kalafiora, bo jesteś przecież taka niezrównoważona. Pojedź. Wyżyj się, obudź. Dotrzesz wcześniej, nieśpiesznie kawę chluśniesz im urwiesz z doby z godzinkę na delektowaniem się tym, o istnieniu czego Agatki w Portugalii nawet nie wiedzą. Przestań tak na siebie narzekać, bo wszystko co dobre naprawdę Ci ucieknie, z marudą nie wytrzyma.

I działa, naprawdę działa. A do domu wracam migusiem, pedałuję jakbym z tour de france wracała. Bo dziecko czeka też, ale i bo sklepy czynne do 17, a przecież nagród nigdy dość, jak ja w nowej sukience będę w starych butach wyglądała?

Jetem dla siebie miła, świecie. Może Ty też zaczniesz? Witam po przerwie 🙂

A co Wy robicie, żeby nie zgorzknieć i nie zwariować albo właśnie nie znormalnieć?

Dedykuję Wam piosenkę!