Schyłek lata, słoneczne popołudnie, które nieco trąci chłodem, ale jednak cieszy. Jak co poniedziałek maszeruję dziarsko wzdłuż ulicy Kilińskiego, chłonąc atmosferę centrum miasta, której na próżno szukać na pocztówkach i rozmyślam. To moje 40 minut tylko dla siebie. 

Mijam swój ulubiony mini mural – wiesz, że w Łodzi zrobiono kiedyś taką fantastyczną akcję, że w dziwnych miejscach, na dziwnych wysokościach, namalowano wizerunki dzieci, które żyły tu w czasie wojny, a prawdopodobnie nigdy nie dane było im dorosnąć? To autentyczne ujęcia ze zdjęć, oniemiałam jak przeczytałam o tej akcji, bo wizerunki smutnie spoglądających na mnie chłopców ze ścian, kiedy wydawało mi się, że cena pomidorów to lekka przesada, za każdym razem robią na mnie to same wrażenie.

Przy Franciszkańskiej, po prawej – Pałac Bidermanna. Studiowałam tam dwa lata literaturoznawstwo. Kiedyś opowiem córce, że dane mi było sypiać na przydługich wykładach w sali balowej, a uczyli mnie ludzie, którym nocą warkocze zaplatały elfy, bo tylko tak można racjonalnie wyjaśnić ich odklejenie od rzeczywistości. Potem instytut psychologii – zawsze się zastanawiam, kim bym była, gdybym złożyła tam te papiery, a nie daj Boże się dostała. Miałabym już manierę diagnozowania świata? Nie wiem. Myślami wracam do pałacu, w którym alternatywne postaci nosiły kolczyki z torebek do herbaty, byleby podkreślić, że są inne i wcale ich to nie boli. Nic a nic.

Po lewej stronie, przy kamienicy, jakiś mężczyzna hoduje gołębie. Musi mieć układy, bo każdy normalny sąsiad by go zabił. Patrzy na nie tak czule, jak tylko jest w stanie. Jak na małpkę spod pazuchy, trzy dni potem jak przysięgał żonie, że przestanie pić. Ot, miejski folklor. Nawet go lubię, ale moje sprawy upominają się uwagę. W głowie przechodzę już płynnie to repertuaru obiadów na dany tydzień, listy syropów dla dziecka.

Idę sobie zamyślona nad tym, jakże wygodną mam na sobie sukienkę i że koniecznie częściej powinnam depilować nogi i dostrzegam kątem oka ją.  ŻANETĘ. Trudno nie dostrzec, nawet tym moim, prawie ślepym – wszakże Żaneta ma na sobie barwy bojowe. Odziana w neony z lycrą w kolorze wściekle pomarańczowym i kontrastujące z nimi adidasy, żeby nikt nie przeoczył, że kroczy i nie miał wątpliwości, że to jej dzielnica. Ja nie mam. Asekuracyjnie odwracam głowę w inną stronę i zanurzam się w strumieniu własnych myśli. Tak sądzę, ale chyba prawe oczko mi nie przytaknęło, bo nagle Żaneta zagaduje życzliwie i ciepło, jak życzliwie i ciepło można zagaić przechodnia:
– Co się kurwo, gapisz?

Czuję jak mi tęczówka zezującego oka ucieka i wciska się w potylicę, byle w łeb nie dostać, bo jakby wiedziała, co ją czeka, choć ja w całym swoim jestestwie pozostaję nieświadoma. Na moich oczach Żania transoformuje jak Hulk. Szuka problemów ewidentnie, a ja chyba wyglądam na taką, co to ma ich pod dostatkiem. I pyk, Żany brak, przede mą Żyleta. Bucha z niej bałucki testoseron. Nie m żartów.  Na hardość jej charakteru wskazuje kruczoczarny, sprasowany w 400 stopniach włos, kolczyk nad wargą, neonowa oprawa i ciepły, kobiecy głos:
– No na co się kurwo patrzysz, pytam?

A Bóg mi świadkiem, że ja na gołębie, w celu ustalenia, czy Pan je tak kocha przed, czy dopiero po małpce zza pazuchy!!! Wrodzoną ciekawość świata w sobie mam, ale nie na tyle, żeby pragnąć poznawać Żanetę. Ciężko mnie zgasić, ale zaskoczyć można, jak się dowiedziałam. Szybko. W mgnieniu oka, które nie zdążyło spieprzyć, rzekłabym przewrotnie. Bo nagle Żaneta podchodzi do mnie i prostolinijnie, po chłopsku, bez pardonu, strzela mi w ryj. Bez żadnego: „przepraszam, czy miałaby Pani coś przeciwko temu, bym podeszła i postanowiła Pani jebnąć”. No nie odmówiłabym, słowo, ale oszczędziłaby mi przynajmniej tego elementu zaskoczenia. Jeśli chodzi o moją znajomość z Żaną, to powiedziałabym – przelotna. Jeden strzał w ryj za bycie kurwą która się patrzy, choć jedno  i drugie raczej nie bardzo. I tyle.

Nosz kurwa, nawet rodzona siostra wiedziała, że nie wolno w twarz albo że przedtem mam zdjąć okulary, bo drogie i matka się będzie darła. A tu idzie taka, neonowa zorza poranna w sportowym outficie, jakby całe jej życie było sportowym wyzwaniem, jakby ciągle wyrabiała kilometry na endomondo, a w wolnych chwilach jednym duszkiem potrafiła wychylić kasztelana, kiedy koledzy skandują pełne podziwu „Ża-ne-ta, Ży-le-ta!!!!”. Bo na dzielni to pewnie każdy wie, że Żaneta to jest dzielny przechuj i że nie ma co z nią zadzierać, że niejeden szramę na ryju nosi i nie jedna doczepiane pasemka, po tym, jak wpadli między Żany tipsy. Jakby Żana tak ładnie poprosiła, jak zagaja, to ja bym falsetem jej imię skandowała, z ochotą! Krew się przecież ciężko spiera.

I stoję. Widzę jak koleżanka, 1,50 w kapeluszu ogarnia Żanę i jak rasowy, policyjny negocjator odciąga na bok za włosy. Spokojnym, jak zawsze, tonem czule jej szepcząc:
– Co ty kurwa odpierdalasz? Pojebało Cię?

A ja stoję i układam sobie w głowie tą historię. Szłam, dostałam w ryj i o. Zerkam na sukienkę, ciągle w głowie mam to hasło z dzieciństwa UWAŻAJ NA OKULARY DROGIE, MATKA CI NOWYCH NIE KUPI, chwytam się na myśli, że rozniosę szmacisko, ale potem do mnie dociera, że wow wow wow! Ja mam godność, dziecko, dorosłość, zobowiązania i pełne majtki ze strachu, ale Żaneta ma poziom testosteronu taki, że własny ojciec mówi do niej  pewnie:
„Ej, Piotruś, ja cię proszę, Ty się spróbuj opanować, ludzie patrzą, w końcu ktoś się odważy i doniesie na psy…”.

I dociera do mnie, że ostatni raz to ja się lałam, ale z własną siostrą i szybko zrozumiałam, że tylko gadka kiedykolwiek mi pozwoli wybrnąć z jakiejkolwiek opresji, bo jak strzelę, to tylko sobie samobója. Oczyma wyobraźni widzę, jak Żana zrzuca mi szkła i odgryza brwi,  a jej koleżanka wskakuje mi na plecy krzycząc „Galopuj, zagubiona sarno!”. Zapał mordercy jakby we mnie stygnie.I stoję. Chwytam za policzek, który pewnie czerwony, bo piecze, jest moim namacalnym dowodem zaistniałych zdarzeń. Żaneta widać wyładowała się trochę, bo buja się jakby mniej odchodząc dziarsko, dumna ze swojego osiągnięcia, w dal.

Mural, gołębie, tesco, syrop, kim jestem dokąd zmierzam i jakie to ma znaczenie, jak idąc ulicą, mogę po prostu dostać w ryj i po koncercie. Nawet support się nie zdąży rozgrzać. I pośpiewane.
I to nie tak, że ja się teraz boję z dom wychodzić. Ot, przemyślenia mi się zmodyfikowały. O tym, że Łódź straszna, pomyślałam, ale to naiwne. Bo tam skąd pochodzę, patologii też pod dostatkiem, a to, że ktoś akurat pije w domu, a nie pod sklepem, bo się jeszcze przejmuje,co ludzie powiedzą i czy dychę pożyczą na kolejną butelkę, to zupełnie inna sprawa. Swój zbir, to inny zbir. On może obcemu wydłubie oko, ale swojego nie skrzywdzi. Może i morduje dziewice, ale jak będzie trzeba i poprosisz, to po sąsiedzku psa wyprowadzi i kwiaty podleje. Ot, prosty człowiek, ale wie, co to przyzwoitość.
I to nie tak, że ja gazet nie czytam i wiadomości. Świat to ścierwo ludzkich płytkich pobudek i syfu, ja wiem, ale czy od razu muszę wierzyć, czy to takie dziwne, że przełączam kanał…?

Teraz, od tej przygody wychodzę… ciut bardziej. Przede wzystkim bardziej ubrana, bo zimno, ale jakoś… i świadoma mocniej. Częściej się rozglądam i staram się prawego oka z oka nie spuszczać, choć takie rozbestwione i frywolne. Skupiam się na tym, co mnie zachwyca. Tak, żeby na wypadek spotkania kolejnej Żanety z silniejszą ręką i wturlania się pod tira wiedzieć, że to, o czym myślałam chwilę przed transferem do czyśca, było tego warte, żeby tym głowę sobie zaprzątać. Albo chociaż miłe.

I tego Wam życzę. Nim Wam jakiś strzał Żanety w ryj to uświadomi.O.

_______________________

I w sumie to Ci za to nawet Żaneta dziękuję, choć może to nie do końca jasne, bo nieco Ci się tutaj oberwało, ale nie bierz tego do siebie, ok? O ile w ogóle umiesz czytać, Żana, bo wyglądasz na taką, co potrafi szybko złapać orient,co jest w życiu ważne i zawsze lepiej umieć komuś wpierdol spuścić niż litery sklejać. W sumie logiczne, jak dobrze wiesz, ja ze swoimi umiejętnościami wybitnie nie zabłysnęłam. Wybacz mi, że tak się wyżywam na Tobie w tekście, no ale każdy używa takich argumentów, jakie mu pasują, siłowych brak, posilam się słownymi, to nic osobistego, pewnie jak twój strzał w mój asymetryczny ryj, także sztama, ok?
No to pięknie.