Bardzo nie lubię bajki o brzydkim kaczątku. Kiedy opowiadam ją Lence, usilnie akcentuję, że łabądź po i przed przemianą powinien mieć w nosie chamskie zwierzaki, bo to nie inność jest problemem, ale to, że inni sobie z nią nie radzą. Podkreślam, że dla mamy kury „brzydki łabądek” był cudowny i kochała go najmocniej na świecie. A krwawiło jej serce, kiedy zwierzaki mówiły mu brzydkie rzeczy nie rozumiejąc, że świat to całkiem spory kawał przestrzeni i wiele stworzeń swobodnie może na nim żyć, ale żyłoby im się lepiej, gdyby… Wszyscy byli życzliwi?

Moja mama nazywa mnie swoim brzydkim kaczątkiem. Tylko ona z zachwytem patrzy na moje przedszkolne zdjęcia i nie może wybaczyć fotografowi, że zdjął moje wielkie, ciężkie okulary i mój dziecięcy zez jest na nim taki widoczny. Nasza relacja z mamą jest burzliwa i niech nie zwiedzie Cię lukrowany wymiar tego tekstu, są rzeczy, które jednak pozwolę sobie mielić na terapii,  a nie online. Dziś przywołuję to jedno, konkretne wspomienie.

Mam może z 5,6 lat. Prawie tyle, co moja Lenka teraz. A moja mama około 28, 29. Tyle, co ja teraz. Kiedy robią nam to zdjęcie jesteśmy na jednych z nielicznych wakacji w życiu, bo jakoś nigdy nie udawało się nam wyjechać, nie mówiąc już o wyjeździe całą rodziną. Są wakacje, a ja tak bardzo się cieszę, że nie chodzę do przedszkola, bo dzieci stamtąd uważają, że jestem za gruba, za brzydka i mam wstrętne okulary. Bawią się ze mną tylko, jak mam coś, czym mogę się wkupić w ich łaski. Od poczucia bycia gorszą nie udało mi się uwolnić przez lata, ale wtedy, w tamte wakacje, wyjątkowo tak.
Moja mama ubiera mnie w bluzkę z taką kokardą i otworem na plecach i miętową spódniczkę z zestawu, która porusza się jak chodzę i sprawia, że czuję się jak dama. Mama zawsze, kiedy mi ją zakłada powtarza, że jestem najpiękniejsza, a ja chwilowo jej wierzę. Na wakacjach proszę usilnie, żeby założyła sukienkę, w której tak bardzo ją uwielbiam.

Mama nie chce. Ma 28, może 29 lat i uważa, że sukienka w kwiatki nie jest dla niej, bo jest zbyt obcisła, krępuje jej ruchy, a mama nieswojo czuje się, jak odsłania ciało. Proszę tak intensywnie jak tylko może przedszkolak. Ulega.

W tej sukience jest dla mnie najpiękniejsza na świecie, a ja mam ochotę pęknąć z dumy, że to właśnie ona jest moją mamą. Są wakacje, jemy lody, ona tak dużo się uśmiecha i jest beztroska, a ja chciałabym, żeby tak było zawsze. Tylko tak trochę mi przykro, że w ogóle jej nie przypomiam. Nie mam ciemnej karnacji, brązowych oczu, płaskiego brzuszka. Moje oczy są zielone i chore, włosy długie i blondi kompletnie nie wyglądam jak jej córka. W okresie dorastania tak bardzo chce się ie być jak rodzice, doskonale to wiem, ale wtedy, w upalny sierpień lat 90-tych dałabym się pokroić, żeby być jak ona.

Nie wierzyła. Sukienkę nosiła rzadko. Zapamiętałam ją jak najpiękniejszą kieckę świata. Utrwaliłam w głowie, że była w kwiaty – może stąd ta moja słabość do tego motywu, który wylewa się z mojej szafy w ilościach za-dużych?

Nie wiem.

***

Jakieś 22 lata później mam już kawałek własnej drogi za sobą.  Masę kompleksów, które stopniowo zwalczam, kilka związków, kilka dramatów,  skromną listę osiągnięć, własną rodzinę, a w niej – córkę. Własną córkę.
Któregoś popołudnia w ulubionym lumpeksie wpada mi w ręce prawie nowa sukienka. W kwiaty. Zakładam ją, patrzę w lustro i… Stwierdzam, że jest nie dla mnie. Za obcisła, za krótka, nie wypada mi już tak się ubierać, jestem mamą, nie będzie mi wygodnie biegać za Lenką na placu zabaw. A potem przed oczami widzę tamto zdjęcie. Mnie w kapeluszu. Mamę wkurzoną nieco, że dała się wrobić w założenie sukienki, która ją krępuje. Jesteśmy w drodze na plaże, moja mama najchętniej schowałaby się w szafie, a ja krzyczała, że jest najpiękniejsza. Biorę. Za niecałe 5 złotych kupiłam sobie masę absurdalnych wzruszeń.

***

Pierwszy raz zakładam sukienkę w domu. Niepewnie wychodzę do łazienki, żeby się przejrzeć. Wiecie, to ciepłe żółte światło zawsze jakoś fotoszopuje prawdę na naszą korzyść. Lenka odrywa wzrok od bajki. Otwiera szeroko oczy
-Mamusiu, jaką Ty jesteś piękną damą! – stwierdza podekscytowana. Uśmiecham się tak, jak wtedy powinna moja mama. I podchodzę ucałować Lenkę oraz powiedzieć, że obie jesteśmy ekstra.

***

Sukienkę oswoiłam i kocham, magazynier w mojej firmie potknął się na schodach, kiedy mnie zobaczył, a ja uśmiecham się tak, jak uważam, że wtedy, dawno temu nad jeziorem, powinna moja mama. I choć pewnie kilka kg temu nie odważyłabym się jej założyć, a za rok moje ciało znów przetransformuje w inną wersję mnie, teraz to nieważne.

Na spacerze proszę męża o zrobienie zdjęcia i zastanawiam się, czy moja mama skojarzy, czy tamte wakacje były dla nas tak samo ważne. Leży właśnie w szpitalu, czeka na wyniki, bo to ciało, którego nigdy tak nie lubiła, zaczyna się buntować i odmawiać jej posłuszeństwa. Wysyłam zdjęcie z pytaniem, czy pamięta. Odpowiada nazwą miejsca tamtych wakacji.

Wzruszam się. Po wyjściu ze szpitala wysyła mi zdjęcie właśnie-tamtej-fotografii. Ryczę jak durna.

Słowa więzną w gardle, bo nie wypowiadane nigdy lub za rzadko, nie potrafią wybrzmieć.
Jesteś piękna, Mamo.
Zawsze byłaś.

Wszystkie jesteśmy.
I będziemy.

Nawet, jeśli nasze ciała znów zmienią kształt i przestaną być posłuszne.

_________

Lubisz? Wesprzyj, udostępnij! 🙂
I zajrzyj na instagram: www.instagram.com/radomskaa