Kiedy widzimy na teście ciążowym dwie kreski, wydajemy dziki okrzyk, ale nie ma za wiele wspólnego z radością. Jesteśmy przerażone, jak każda przyszła mama, ale ten strach potęguje zaskoczenie. „Nie tak miało być!”– ile z nas zawodziło tak, rycząc w poduszkę? Za nieodpowiedni uznajemy zazwyczaj moment- jesteśmy młode, mamy masę planów i marzeń, rozpoczęte studia albo maturę przed sobą, brak stałej pracy i wszystkich tych etykiet symbolizujących mistyczną gotowość do rodzicielstwa.

Zazwyczaj, po pierwszym szoku, znajdujemy wsparcie w najbliższych, ale to żadna reguła. Najlepiej realia zna jednak zawsze otoczenie- koleżanki dobrotliwie klepią po ramieniu i dukają, że wszystko będzie dobrze. Potem jeszcze kilka razy dotykają z ciekawością rosnącego brzucha, zjawiają się raz  z jakimiś śpiochami i grzechotką i… znikają. Nie dla nich nasz świat  zarwanych nocy i katarków. Z drugiej ręki dowiemy się, co sądzą o nas naprawdę- o naszym, rzekomo zmarnowanym, życiu, bachorze, zrujnowanej przyszłości. No i braku elementarnej wiedzy na temat antykoncepcji oczywiście. W takich warunkach trudno się nie bać, kiedy nagle traci się kontrolę nad własnym życiem, a z marszu trzeba wziąć odpowiedzialność za… nowe.

Potem dziecko się rodzi i nagle wszechwiedza ludu przestaje mieć znaczenie. Wszystko tu i teraz jest nowe, obce, piękne i przerażające, kto miałby czas przejmować się całą resztą. Mamy o tyle łatwiej, jeśli w ogóle to określenie jest na miejscu, że zabrakło nam czasu na planowanie- wyglądu bobasa, metod wychowawczych, swoich postaw, snucia postanowień i planów. Zaskoczenie zmusza do stawienia sytuacji czoła bez najmniejszego przygotowania, ale też bez nadmiernych oczekiwań wobec siebie. Ot, nie pozostaje nam nic innego, jak stanąć nad łóżeczkiem i powiedzieć:

Słuchaj, pomarszczony Samuraju, nie spodziewałam się Ciebie. Kocham Cię, ale nie mam pojęcia jak to się robi, więc będziemy uczyć się razem. Wyglądasz na kumatą bestię, po mamie, więc sprawdźmy, czy damy radę.

I dajemy. Z dnia na dzień, bez zbędnych dywagacji, górnolotnych założeń i mądrych poradników. Nie spodziewamy się, że zostaniemy Matkami Roku, ale każdy uśmiech dziecka utwierdza nas w przekonaniu, że nie jesteśmy te najgorsze, ba, że może i nawet całkiem dobre. I tylko opinia dziecka jest dla nas wiążąca.

Przychodzą kryzysy, myśli, że mogło być inaczej, łatwiej. Czasem z utęsknieniem patrzymy na znajome, które nie mają żadnych zobowiązań, nic nie muszą, wszystko mogą, choć pewnie nie zdają sobie z tego sprawy. Tęskno za wolnym dniem, czasem na pasję, za realizacją ambicji. Dlatego z podwójną mocą chcemy wrócić do świata normalnych ludzi, których świat nie jest obśliniony i nie wymaga zmiany pieluch. Do niezależności, posiadania własnych pieniędzy. I nasza motywacja jest podwójna- szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Macierzyństwo obezwładnia i paraliżuje, a jednocześnie, daje siłę. To jest niesamowity paradoks.

***

Ponad rok temu płakałam, że nic nie mogę jej dać. Czułam się winna, że nie nadaję się na mamę, że ubranka po kuzynkach, a nie markowe ciuszki z wystaw wysypują się wiecznie nieogarnięte z rozklekotanej komody. Wewnętrzna potrzeba bycia niezależnym wyła we mnie rozpaczliwie- ja, która miała zawojować świat, nie mogę nawet swobodnie wyjść do marketu, a swoją codzienność zawdzięczam facetowi i rodzicom. Zamiast jęczeć, brałam życie jakie jest. Ucząc się zachwytu od niej. Przeczytałam gdzieś nawet, że nic nie zawdzięczam sobie, bo to Mario pracował, rodzice pomagali, mieszkanie już mieliśmy, że nie zasłużyłam. Dziś śmieje się z tego i nie widzę potrzeby tłumaczenia się ze swojego startu, każdy wyrusza po samodzielność i niezależność swoją trasą i w swoim tempie. Ja, całkiem dziarsko, z 13 kilogramowym bagażem, który mówi „Nie bój się Mamuń, Lenka kofa moćno”.

Spędziłyśmy razem, bez pośpiechu, dwa lata. Szybko odkryłam, że metki markowych ubrań gryzą tak samo jak stare i to absolutnie żadna różnica, czy spiera się marchewkę z ładnej bluzki, czy znoszonego bodziaka. Niedługo później udało mi się dopiąć swego i kupić Lence nowe meble. A raczej sobie, bo ona w głębokim poważaniu ma wystrój wnętrz i swoje stylizacje.

Nie dałam jej wszystkiego, czego chciałam, ale przez 2 lata bez presji, stresu, dałam jej siebie i swój czas. Świadoma swoich deficytów dawałam z siebie dużo więcej, rekompensując niedogodności, które funkcjonowały w mojej głowie, bo w Lenkowej tylko to, czy to, co akurat trzyma da się zeżreć, swoim zaangażowaniem. I pokorą, dzięki której uczyłam się i uczę rodzicielstwa od niej, a nie z poradników.

Wtedy, nad ciążowym testem i wiele razy nad łóżeczkiem płakałam, że nie dam rady. Płonęłam z zazdrości i marzyłam o innym scenariuszu, takim, które napisałabym ja, a nie samo życie. Dziś mam 26 lat  dużo więcej, niż mogłam sobie wymarzyć. Mając dziecko, obroniłam magistra. Z poślizgiem, bo wtedy, kiedy mogłam i powinnam uznałam, że nie dam rady, a dałam wtedy, kiedy teoretycznie nie było to możliwe- z gorączką, wyczerpana dniami z dzieckiem i nocami zarwanymi nad notatkami, z bardzo chorą Lenką. Zdobywając te cholerne trzy litery przed nazwiskiem godzinę przed wyprawą z nią na pogotowie. I nic mnie tak nie ucieszyło, żaden tytuł, jak moment wyjścia ze szpitala i powrót jej uśmiechu.

Nie tłumaczę się. Nie muszę i nie mam z czego. Piszę to wszystko, żeby dać znać, że życie jest naprawdę czasem lepszym scenarzystą i warto dać się mu ponieść. Ciąża była zaskoczeniem, a nie spałam na lekcjach biologii. Choć święta nie jestem i Lenka mogła pojawić się na świecie wcześniej, to jednak zjawiła się wtedy. Z nim. Z moim narzeczonym, jej cudnym tatą, od niedawna mężem.Moja córa ma dziś 2 lata. Ja masę planów i ambicji, podwójnie ważnych, bo snutych z myślą o niej. Po co byłoby mi to większe mieszkanie, o którym śnię, jeśli miałoby być puste? Po co książka, kiedy gratulowaliby mi obcy ludzie,a nie ona? Dopada mnie też „syndrom odkładania” decyzji o rodzeństwie dla Lenki. Ona zjawiła się i jest, a teraz, kiedy miałabym wskazać moment narodzin drugiego ancymona, zawsze pojawia się jakieś stanowcze „ale”- ale praca, ale kredyt, ale ambicje, ale potrzeba oddechu. Bez względu jednak na to, czy i kiedy drugie dziecko się pojawi, ją już mam. Największy prezent od życia. Bo wiecie to, co najlepsze, często jest zapakowane w kłopot. A każdy koniec świata to najczęściej tylko zakręt.

Plener(156)

Dziś moje koleżanki, które z politowaniem patrzyły na mój rosnący brzuch, robią kariery, spłacają kredyty, planują dzieci w bliżej nieokreślonej przyszłości, która, cholera, jakoś nigdy nie przychodzi albo w ogóle nie myślą o rodzicielstwie. I nie mamy o czym rozmawiać, bo ich cele, to moje środki do jednego celu- żeby Lenka była szczęśliwa, bo wtedy i ja będę. Kredyt na mieszkanie? Tak, ale po to, żeby Lentoś miała wypasiony pokój. Wakacje? Owszem, bo tyle chcę jej pokazać. Życie dla mnie i z myślą o sobie nie jest niczym, za czym tęsknię. Nikogo jednak nie oceniam, każdy ma prawo sam znaleźć swoją drogę do szczęścia.

W przeszłości brakowało mi motywacji i konsekwencji w działaniu, dziś wiem, że nie mogę się wycofać. Nie walczę już tylko dla siebie. Ba, patrzą na mnie ufne, niebieskie oczy,a ich włascicielka krzyczy głośno „mamo, dajej, jusiaj! oć!”, więc ruszam dalej, idę, walczę, nieważne, czy w czasie zabawy w kotka, czy walki o naszą lepszą przyszłość, bo chce dać im dobry przykład. Bo chcieć to często naprawdę móc i aż mi wstyd, że nauczyła mnie tego mała dziewczynka,  a nie pozostałe, ponad 20 lat życia.

A co powiem Lence, kiedy zapyta się, jak to się stało, że jest? Czy była chciana?
Odpowiem bez wahania:
Nie, córuś. Nie planowałam Twoich narodzin, ale cudów się nie da zaplanować.

Plener(138)

_________________

Długo wahałam się, czy wolno napisać mi ten tekst, obawiając się fali hejtu pt. „wpadła i próbuje udawać, że to świetnie” lub „wróć na lekcje biologii, a nie szerzysz herezje„. Kilka dni temu, kiedy Lenka już zasnęła, przypomniałam sobie podobny wieczór sprzed ponad roku. Wtedy też spała, a ja miziałam ją śpiącą i szeptem przepraszałam, że pojawiła się w momencie, w którym tak niewiele mogę jej dać, że nie tak miało być. Dziś wiem, że byłam w błędzie.
Na co liczę, publikując ten tekst? Na nic, wszystko mam, nie potrzebuję cudzej akceptacji. Ot, może jakaś „mama z zaskoczenia” uśmiechnie się porozumiewawczo pod nosem, jakaś ciężarna przestanie histeryzować choć na chwilę, a taka, której wizja dzieci zalatuje apokalipsą dopuści do siebie myśl, że może nie będzie tak strasznie? Jeśli podzielasz mój punkt widzenia, udostępnij ten tekst, z dedykacją dla wybranej przez siebie adresatki.