Przez większość życia byłam głęboko przekonana, że w całym tym dojrzewaniu, dorastaniu, gnuśnieniu i stawaniu się ukształtowaną jednostką chodzi o szukanie swoich racji, dogmatów i pewników, które będą stanowić punkty zaczepienia i fundament do tego, żeby w miarę stabilnie stać i nie dać się powalić temu, co życie niesie. Tym z większym zaskoczeniem przyznaję, chwilę przed 30-tką, że więcej zyskałam… Myląc się i racji nie mając za grosz albo ćwierć raptem. O.

Najpierw uległam złudzeniu, że świat ogranicza się do tego, co ja uznaje za normalne albo do czego przywykłam, a potem porwało mnie wiecznie negowanie tego, co wpojono mi jako pewnik. Podkopywałam autorytety, wkładałam kije w mrowisko, pchałam się do dyskusji i starć, by w końcu, ostatecznie, przyznać, że… Czasem warto stanąć z boku. Rozejrzeć się, posilić o wnioski, posłuchać opinii innych. Poczekać albo nawet nie mieć zdania. Błogosławić te moje wieczne wątpliwości.

Kiedy wszyscy zapewniali mnie, że studia to przepustka do lepszego życia, tliło się we mnie przekonanie, że to naiwne i trzeba kombinować od początku, a finalnie liczyć też na farta. Gdy na świat przychodziło moje dziecko, a głosy pełne współczucia gratulowały oficjalnie szeptem dodając, „że szkoda” z paniką przyjmowałam, że muszą mieć racje. Nie zliczę ile razy, się pomyliłam. I ile razy dobrze na tym wyszłam.

Nim na świat przyszło moje zarzekałam się, że nigdy nie będę go mieć, bo nie chcę, nie lubię, nie czuję tego i się nie nadaję. I nawet jeśli gdzieś w tyle głowy nosiłam kandydatury imion, to wiedziałam, że się nie odważę. Jak dobrze było się pomylić i dowiedzieć, że miłość jest silniejsza niż poczucie kompetencji i naiwne przekonania.
Kiedy zachodziłam w ciążę zdecydowanie za dużo czasu zajmowało mi analizowanie, czy odzyskam kiedyś swoje ciało i czy będę je umiała zaakceptować. Z okładek szczuły mnie młode matki z sześciopakami, koleżanki z porodówki wjeżdżały na siłownię, a ja… Byłam rozdarta pomiędzy chęcią „poprawy swojego wyglądu” a zastanawianiem się, czy serio, w chwili wydania na świat nowego życia, skóra wisząca na brzuchu jest na tyle istotna, by zdetronizowała to wydarzenie i była wystarczającym powodem do pozbawiania się, i tak żałosnie niewielkich, dawek snu?
Nie od razu doszłam do słusznych wniosków. Musiałam przepłakać kilka nocy i dni, rzucić się do ćwiczeń jak rejtan, nabawić kompleksów, poczucia winy i kontuzji, aby w końcu posłuchać siebie i znaleźć aktywność odpowiadającą moim możliwościom tak, by nie robić krzywdy ani ciału ani psychice.

Kiedy wyprowadzałam się z rodzinnego domu, przez myśl mi nie przyszło, że gdzieś serio istnieją ludzie, którzy nie jedzą w niedzielę rosołu i nie tęsknią za schabowym, a bułki z masłem nie traktują z namaszczeniem godnym relikwii. Ja, dziewucha z krainy mąki, kiełbasy i mleka, miałabym to wszystko porzucić? Prędzej rzucić siebie chyba.
I tak się niejako stało, rozpędziłam się, uderzyłam głową, poleżałam trochę masując obolałe miejsca i zbierając informacje filtrowane przez intuicję. Nie pamiętam smaku pierogów, bułki i ordynarnych kluch. Na mięso, zjadane codziennie, bo przecież to normalne, patrzę z coraz większym obrzydzeniem.

A ćwiczyć przestałam na dłuższy czas, jak zaczynałam się orientować, że poczucie winy wynikające z niezrobionego treningu jest silniejsze niż ból biodra czy zmęczenie, że w telefonie przybyło dziwnie roznegiżowanych zdjęć, które miały za zadanie chwytać postępy i wyłapywać porażki. Wracam znów, nieśmiało, zaczynam od zera. I nadal nie mam ambicji, by biec w maratonie. Ot, chciałabym wydalać złe emocje, wzmocnić brzuch i plecy, aby na starość cieszyć się może i ciętym jęzorem i ruchliwą, skorą do wygibasów nóżką.

Tak bardzo mi się wydawało, że trzeba być pracowitym i konsekwentnym, aby odnosić sukcesy zawodowe i poradzić sobie na rynku pracy i być może nadal głosiłabym te kocopoły, gdyby nie własne CV, które sprawia wrażenie, jakby było pisane po pijaku, a moje miejsce na rynku pracy, mimo nieuchronnie zbliżającej się 30-tki napawa mnie ciągle tą samą dozą niepewności, ale i – tu dla odmiany – ciekawości dotyczącej tego, gdzie mnie los poniesie.

Modne słowo – czelendżuję.

Unikam już słów „na pewno i nigdy”. Staram się pokonywać stare przyzwyczajenia – nie zakłada najgorszego, czasem w knajpie zamówię coś więcej niż to, co znam, a i do wiosny przygotowuję się wcześniej, by w maju, w kozakach, rozpaczliwie nie szukać  odpowiednich butów. Takie tam. Zamienianie wykrzykników na znaki zapytania wciągnęło mnie na dobre.

Zastanawiam się, co jest takiego w yodze, która zawsze kojarzyła mi się z ludźmi, którzy dorabiają ideologię do oddychania i coraz bardziej chciałabym spróbować. Mam ochotę na tatuaż, choć przez lata twierdziłam, że jeden mi wystarczy. Odstawiam mięso, żeby na własnej skórze przekonać się, czy rzeczywiście jest mi tak potrzebne i ze zdziwieniem odkrywam, że jedzenie ze świadomością, że żadne zwierzę nie musiało dla mnie zdychać, potęguje przyjemność.

Nie szukam odpowiedzi, a próbuje zadawać pytania, które może nie przynoszą odpowiedzi, ale skłaniają do refleksji. Nie przekonuję na siłę do swoich racji. Coraz lepiej przyjmuje to, że inni mają własne. Uczę się szacunku do tego, że to wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane i zaczynam lubić rzucanie sobie czelendży i celebrowanie małych zwycięstw lub docenianie starań. Ot, w świecie, który bombarduje natłokiem informacji i wątpliwych faktów, odkrywam radośnie, że głupia jestem jak koza i z dziecięcą ciekawością testuję  to, co inni przyjmują za fakt.

W dupach się przewraca
Owszem, owszem, od nadmiaru opcji, od przekonania, że trzeba wybrać, trzeba opcji swojej bronić zaciekle i niszczyć każdego, kto się jej sprzeciwia. Nie trzeba dogłębnej analizy, żeby stwierdzić, ze gdybyśmy chcieli żyć wedle wsazówek, które dają nam inni, nasza doba trwałaby 72 godziny. Ja już mam dość zadręczania się tym, że nie zdążyłam, nie wyszło, nie przeczytałam, nie zrobiłam, mogłam lepiej, inni biją mnie na głowę. Już chcę pieprzyć to tak bardzo, żeby nawet bać się, czy nie da się od tego zajść w ciążę, bo dość mam głosów w mojej głowie, które nie są moje. A swój próbuję wyodrębnić. I jaram się tym poszukiwaniem, zamiast ciągle robić w portki ze strachu.
***
Czelendżuję – to takie mądre słowo. Nie zakładam się ze sobą może, że zjem słoik ogórków na raz zacznę morsować i zmienię się na lepsze, ale rzucam wyzwania.

Za chwilę miną 3 lata od chwili, kiedy stanęłam pod swoim blokiem z papierosem i stwierdziłam, że to nie jest warte mojego zdrowia.
I tyle samo od momentu, kiedy zaczęłam pracować na etat sądząc, że to szczyt marzeń i życiowy cel, a dziś twierdząc, że jakiś przystanek w drodze do niekoniecznie wiadomo dokąd.
To już ponad 4 lata jak unikam glutenu i nabiału, choć ludzie kpią i nie szczędzą komentarzy. Nie tylko 4 lata zmiany menu, ale i myślenia – o sobie, swoim zdrowiu, ciele i o tym, do jakiego momentu mogę pozwolić ingerować innym w swoje decyzje.
Za chwilę będę mamą 5 latki, choć zarzekałam się, że ucieknę jak tylko będzie możliwość i wypiszę się z tego cyrku, a teraz zasiadam z rozkoszą w pierwszym rzędzie i nawet lubię swoją arenę.
Jakiś rok, odkąd ograniczam cukier, stymulując swoją łakomą kreatywność  i szukajac nowych smaków.

I kilka miesięcy od kiedy zaczęłam mieć problem ze swoją hipokryzją, z udawaniem, że wcale nie jem świnki Peppy i kolegów Reksia, że muszę, że powinnam. Bez potrzeby wstępowania na barykady i zbawiania świata, ewentualnie subtelnego apelowania o reflesję i umiar.
Odstawiam, przynajmniej do czasu spotkania z Wami w Magellanie [MOŻESZ DOŁĄCZYĆ TU!], wino i alkohole, bo nie podoba mi się, że tak często jest nagrodą, pocieszeniem albo przyjemnością, bo przecież mam w rodzinie niejeden przykład tego, do czego może prowadzić taka zażyłość i pewnie niejedna zaczęła się niewinnie, a nawet zabawnie.
I robię sobie przerwę od mięsa. Ot, tak, otwieram głowę na moje smaki, chcę spróbować nowego, poszukać inspiracji, przekonać się, ile ie mnie przyzwyczajeń, ile realnych potrzeb, a ile rozsądku. Ahoj przygodo.
im starsza, tym głupsza, rzekłabym radośnie, lekko zawieszając głos, by dodać po chwili bez wahania, że bardzo lubię te moje wątpliwości, chociaż tak często trudniej przez nie położyć się spać.

A Ty? Lubisz nie mieć racji? Bo ja coraz bardziej. Było jakieś „ja nigdy” i „to na pewno nie dla mnie”, które okazało się nieprawdą w Twoim życiu?
_______________

P.s. Moja mama się modli, teściowa płacze, ale zaczynam na jakiś czas przygodę z weganizmem. Z dwojga złego wybieram to, czego jeszcze nie próbowałam! to pisałam ja, Radomska, córka hodowcy krów, amatorka kiełbasy z cebulą i cukru w każdej postaci. I chyba chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej o medytacji. Nie po to, żeby zostać „oszołomem” i nawracać kogokolwiek, ale żeby wiedzieć, spróbować, eksperymentować i otwierać się na to, co mi zupełnie obce. I niepowodujące rzeżączki na przykład, ha. Jedno życie mam, świata raczej nie zwiedzę, ale czemu by nie poeksperymentować z tym, co pod ręką? Ahoj przygodo!

Jeśli chodzi  weganizm, to pałą jestem jeszcze absolutnie niekompetentną, więc doświadczenia będę zbierać pod okiem Majne Szwajne. I nie mam wpływu na to, że nazwiesz to „reklamą” choćbym sto razy powtórzyła, że to wskazówka dla tych z Łodzi, którzy może mają podobne przemyślenia, że dziwi ich, iż świnka Peppa je jajecznice z bekonem, jedzenie krówek jest spoko, ale piesków nie, bo są słodkie. Przygodę rozpoczynam w poniedziałek. I będę się dzielić wrażeniami tylko na instagramie, więc śpij spokojnie, jeśli masz to w dupie.

W ciąży powtarzałam sobie, że nie urodzę dopóki panowie nie przywiozą nowej komody na śpiochy. Teraz uparcie twierdzę, że będę żyć dopóki się czymś podniecam i jaram. Ha.

Zdjęcia cudowna Karolina Paluszkiewicz Forma Fotografia
Lekcje weganizmu będę pobierać u ekspertów z Majne Szwajne Vegan Deli,
a wrażeniami i może inspiracjami dzielić na instagramie – oczywiście nie ograniczając się do tego, słowotoku wystarczy na wiele tematów.
______________________

Przypominam o MOJEJ APLIKACJI, dzięki której będziecie zawsze na bieżąco. Już w piątek nowiuteńki VLOG i szkoda byłoby gdybyści go przegapili!

APLIKACJA RADOMSKIEJ NA ANDROIDA
APLIKACJA RADOMSKIEJ NA IOS