Nie lubię pozbywać się rzeczy. Tyle lat cyklicznego zmieniania adresu i pakowania życia w kartony, że chciałabym wreszcie osiąść na dobre, zapuścić korzenie i nie musieć zastanawiać się, co będzie łatwe do przenoszenia przy przeprowadzce. Wszystkie kanapy, szafy, wypchane po brzegi. Czas nie chcę zwolnić, mieszkanie się kurczy, wspomnień przybywa.

Zadanie jest proste – wyjmij, złóż, spakuj, wynieś. Tylko, że… co chwilę chwyta mnie coś za serce. Niebieska sukienka, w której paradowała rok temu. Spodenki, które przed chwilą miała na sobie, kiedy jechaliśmy do zoo. Za mały kostium kąpielowy. Kiedy go dostała, poszła w nim spać, bo tak strasznie jej się podobał, przed tym biegała jednak cały wieczór i piszczała „dzienkunie Mamo!”. Skarpetki z kokardą – zakładałam je tylko na ważne okazje, żeby nie pobrudzić, żeby nie zniszczyć. Moja mała nuna śmierduna już się w nie nie mieści, a mi nie mieści się to w głowie.

Porządkuję szafę, bo czas zrobić miejsce na nowe. Rano mam za mało czasu na kolejne zdziwienie z serii „ale jak to za krótkie?”. Chciałabym, żeby za tą szafą były drzwi. Taka Narnia, tylko zamiast baśni, z magią wspomnień. Moja córka usypiająca na mojej klatce piersiowej. My razem w parku, kiedy wszyscy szli dokądś i po coś, a my tu i właśnie po to i nic więcej, kiedy to doprowadzałam ją do czkawki ze śmiechu powtarzając, że… nuny to śmierduny. Nasze szalone wypady do baru mlecznego, gdzie kupowałam jej najcudniejszy uśmiech miską pomidorówki za dwa złote. Pyk. Nie wróci.

Minęło.

Między koszulkami z zeszłej wiosny, jakiś zagubiony, samotny bodziak. Pamiętam go. Siedziałyśmy na trawie, ciumkała wafelka od loda, a ja próbowałam ocierać brodę ze śliny na czas, żeby nie musieć jej przebierać. Nieudolnie. I to zdjęcie, nie wiem co robi w szufladzie, powinno wisieć w złotej ramie.. Musiałabym jednak mieszkać w labiryncie, żeby móc powiesić na ścianach wszystkie te ujęcia chwil, które chcę pamiętać,oglądać, do których chcę wracać. Czy ktoś wie, gdzie się podział mój kwaśny skrzat z tej fotografii? Uśmiecham się przez łzy.

Moja Narnia jest w mojej głowie, ale nawet tam nie mam czasu szukać tych ulotnych chwil, które kiedyś wydawały się takie powtarzalne, a dziś wracają od czasu do czasu i przypominają bardziej magiczny rytuał. Czas mija tak szybko, nie nadążam się obejrzeć, w koszu na pranie zalega sterta koszulek w odpowiednim rozmiarze, nie ma czasu ani miejsca, by rozckliwiać się nad starym bodziakiem. Trzeba się uwijać, niedługo moja panna wraca od babci (moje dziecko, które nie pozwalało mi w spokoju zrobić siku, nocuje już poza domem, niepojęte…) Zrobimy sobie piknik, tak na wyrost nazywamy przesiadywanie w parku na kocu z paczką paluszków i kukurydzianych chrupek. Będzie pięknie.

Bo moje miny, kiedy mówię, że nuny śmierdzą absurdalnie, jeszcze ją bawią. Muszę się nacieszyć. Chłonę jej widok. Główkę, jeszcze wczoraj niemal łysą, dziś oplecioną dumnie aureolą z dobieranego warkocza. Uśmiech – już nie bezzębny i niemowlęcy, ale nadal mój najukochańszy pod słońcem. Moje serce, które ktoś wyjął mi z piersi, a teraz każe się nacieszyć w biegu i patrzeć jak rośnie, ja robi się coraz bardziej samodzielne, jak coraz mniej mnie potrzebuje. Okrutne. Cudowne.

Pakuję za małe ubranka w wielki wór. Czas się pożegnać. Ocieram ukradkiem wartki strumyk łez, mąż nie komentuje. Taka jest kolej rzeczy, a my udajemy, że ten argument nas przekonuje. Wielki wór ląduje w kontenerze na ubrania. W ostatniej chwili wyciągam za mały kostium kąpielowy. Bo przecież kiedy go dostała, poszła w nim spać, bo tak strasznie jej się podobał, przed tym biegała jednak cały wieczór i piszczała „dzienkunie Mamo!”. Chcę to wspomnienie blisko, jeszcze przez chwilę, pozbędę się go przy następnych porządkach, obiecuję.

Mimo całodziennej pracy szafy nadal są pełne – za małych ubranek, starych zabawek, historii i obrazów, które umkną, nim ktokolwiek zdąży je opowiedzieć. Nic już dziś nie uporządkuję, dopadły mnie wspomnienia z komody i nie chcą odejść. Albo to ja nie chcę ich wypuścić?

Tak chciałabym wszystkie zdjęcia z mojej głowy-wywołać.
Każdy zachwyt ożywić.
Czas – zatrzymać.

Kocham Cię, Córeńko. Nie rośnij tak szybko, nie nadążam się na Ciebie napatrzeć…

Ckliwość matki na dziś.
Przepisy na muufiny, heheszki i inne pierdoły lada dzień, ok? Urodziny mi się zbliżają i robię się rozmemłana i ckliwa, wybaczcie:)

Dajcie maila! A jak udało mi się Was wzruszyć, dajcie znać. Udostępnicie?